Kilka dni temu wróciłem z Tatr. Jako, że wrażenia po podróży, choć opadły, nadal we mnie siedzą, postanowiłem, że coś o górach naskrobię. Tak więc do rzeczy.
Wyjechaliśmy z moim bratem z Poznania wcześnie rano, pociągiem do Częstochowy. Do Częstochowy, bo tam czekał na nas nasz znajomy, który załatwił nam w Zakopanem nocleg. Jeszcze przed odjazdem pociągu do naszego przedziału weszła znajoma. Jak się okazało, Ania również jechała do Częstochowy. Tak więc podróż minęła nam w trzy osoby. Po dotarciu do Częstochowy ruszylismy do Doliny Miłosierdzia, do pallotynów (stały punkt zbiorczy pallotyńskiej młodzieży). Zaraz też zapakowaliśmy się do samochodu i ruszylismy dalej, teraz już do Zakopanego. Muszę się przyznać, że była to moja pierwsza wizyta w Częstochowie, kiedy nie poszedłem na Jasną Górę. Spieszyliśmy się. Zazwyczaj jest tak, że pierwsze kroki z pociągu kierujemy do sanktuarium…
wieczorem dotarliśmy do Zakopanego. Jak, że było około godziny 19:00, nie poszliśmy już nigdzie tego dnia.
Kolejny dzień za to był już cały przeznaczony na góry. Pogoda była cudowana, czyściutkie niebo, a my pełni energii i zapału, by ruszać na szlak. Na pierwszy dzień zaplanowalismy Czerwone Wierchy. Blisko, łatwo, powrót do domu pieszo (nie mieszkaliśmy dokładnie w samym Zakopanem, a w Kościelisku, dlatego mogliśmy wrócić pieszo do domu). Pogoda dopisała przez cały dzień, ze szlaku wróciliśmy zadowoleni, choc nieco zmęczeni długim marszem na koniec – z Wirów do Kościeliska. Jednak wypite wieczorem piwko pozowliło zapomnieć o wszelkich bólach nóg. ![]()
Kolejny dzień to Świnica. Pogoda równie piękna, chęci do marszu chyba jeszcze większe.Ja, będąc w górach, nie mam czegoś takiego, jak “kryzysowy dzień”. Mój brat chyba też nie, bo wszystkie szlaki przechodzilismy zazwyczaj dwa razy szybciej niż oznaczenia TPNu. Dość tego, że weszliśmy na Świnicę, przez Przełęcz Świnicką. Może lepiej zabrzmiałby “wdrapaliśmy się”, bo akurat wchodząc na ten szczyt używa się także i rąk.
Po krótkim odpoczynku na szczycie, zeszlismy na Zawrat. Zejście niby trudniejsze, są i łańcuchy i klamry (co akurat, według mnie, jest ułatwieniem, a nie utrudnieniem), ale jakoś szybko nam poszło. Z Zawratu chcięliśmy zejść do “Murowańca”, jednak się nie dało.
Dlaczego? Otóż tłum ludzi wchodzący na Zawrat od strony schroniska, skutecznie unemożliwiał zejście. A, że na początku jest tam dość stromo, woleliśmy nie ryzykować mijanek na łańcuchach. Tak więc utknęliśmy na Zawracie. Wyjścia były dwa: Dolina Pięciu Stawów i stamtąd do słynnej asfaltowej trasy nad Morskie Oko, albo początek Orlej Perci i z Przełęczy Koziej, żółtym szlakiem do “Murowańca”. Pierwsza opcja długa, a od Wodogrzmtów Mickiewicza wręcz obrzydliwa. Jak ja kocham szlak nad Morskie Oko… Druga możliwość trudna, w końcu to Orla Perć. Mójbrat początkowo nie chciał iść do Koziej Przełęczy. Jednak wybraliśmy ambitniej. I przeszliśmy. Spokojnie, bez nerwów, łącznie z trawersem na łańcuchach i ośmiometrową drabinką. Wruciliśmy bardzo szczęśliwi. Jak powiedział mój brat: “Za tą trasę należą nam się dwa piwa”!
Dwa kolejne dni była kiepska pogoda. Czyli przymusowy odpoczynek. Jednak nie dla mnie. Pomomo tego, że nie szliśmy w góry, ja się nie nudziłem. W domki pani Teresy, gdzie nocowalismy, było jeszcze kilka osób. Jak się okazało, poznane tam Magda i Agnieszka wpadły na pomysł, który ja osobiście wypróbowałem już dwa lata wcześniej będąc u pani Teresy. Chodzi mianowicie o to, że podmurówka domku do złudzenia wręcz przypomina sciankę wspinaczkową… A, że wszyscy lubimy się wspinać, to duża część dnia spędzaliśmy dosłownie “chodząc po domu”. ![]()
W sobotę wieczorem poszliśmy na Mszę Św., licząc, że niedziela będzie ładna i będziemy mogli iść na szlak. I tak też się stało. W niedzielę weszlismy na Rysy. Prosta raczej trasa choć długa. No trzeba iść przez Morskie Oko… Jednak szybko wyminęliśmy tłumy “turystów” i z marszu weszliśmy nad Czarny Staw pod Rysami. Po chwili odpoczynu ruszyliśmy dalej i po 140 min byliśmy na szczycie. Tam oczywiście też tłumy, bo od słowackiej strony wejście jest wręcz płaskie. Posiedzieliśmy chwilkę, porobiliśmy zdjęcia i zeszliśmy. A, że od Czarnego Stawu, gdzie planowaliśmy pierwszy postuj przy zejściu, aż po samą Palenicę, były tłumy ludzi, tak więc nie zatrzymaliśmy się ani razu! Z Rysów do Palenicy w równe 4 godziny bez przerwy. Ktoś pobije? ![]()
W poniedziałek popołudniu mięliśmy już pociąg powrotny do Poznania. Tak więc na szlak nie warto było iść. Poszliśmy zatem na Krupówki, zrobiliśmy zakupy, zjedliśmy obiad… Taki typowy dzień kogoś, kto przyjechał do Zakopanego, a nie w góry. ![]()
Z Rysów mamy jeszcze jedno miłe i ciekawe wspomnienie: schodząc, jakieś 15 min od szczytu minęliśmy dziewczynę (ok. 20 lat), która wchodziła ze swoją babcią (sic!). Tak więc niech nikt mi nie mówi, że jest mu w górach ciężko. Siedemdzieścioletnia kobieta potrafiła wejść na najwyższy polski szczyt.
Wróciliśmy we wtorek rano, PKP standardowo ze spóźnieniem.
Mimo tylko trzech wyjść w góry jestem bardzo zadowolony. Mam tylko nadzieję, że to nie ostatni mój wyjazd w góry w tym roku.
P.S. Nie wierzcie telewizji – gdy w piątek około południa pani prezenterka wmawiała wszystkim w polsce, że w Zakopanem świeci słońce, za oknami domu własnie zaczynał padać deszcz… ![]()
Jakby ktoś nie wierzył w historię o siedemdziesięcioletniej kobiecie na Rysach. W tle Czarny Staw pod Rysami.
=] Ciekawie i aktywnie spędziłes ten czas.
ja bym chyba nie dała rady tak łazić po górach, jestem zbyt leniwa=p
Bardzo mocne te wycieczki, ale jak się na krótko jedzie, to w sumie nic dziwnego. Bo jak się ma tydzień, to się chce go wyzyskać do maksimum. Ja sama tęsknię za dawnymi dłuższymi wyjazdami, kiedy można było złapać kondycję i planować wycieczki o różnym “stopniu trudności”…
Czerwonych wierchów nigdy przesadnie nie lubiłam, ale ja w ogóle wolę Wysokie od Zachodnich.
Co do Rysów z kolei, to znad Czarnego wolę wejść Pod Chłopka – znacznie sympatyczniejsza droga i nie ma takich tłumów.
Natomiast tego kawałka Orlej Perci między Świnicką a Kozią Wam strasznie zazdroszczę bo to są właśnie moje ulubione fragmenty polskich Tatr. I nic to, że Zawrat mnie nigdy nie przepuścił bez problemów (3xulewa, 1xgradobicie, 1xburza) – i tak go lubię (bardziej niż Świnicką zdecydowanie). Za to ostatnio czaję się na Granaty, które mnie już od kilku lat nie chcą wpuścić… Może w przyszłym roku się zaprę i je przeczekam.
Co do babci, to mnie to nie dziwi. Wychowawczyni z liceum mojej Matki zaraziła chodzeniem po Tatrach połowę jej klasy, a chodziła chyba co najmniej do siedemdziesiątki (teraz to już nie wiem, bo się z nią dawno nie widziałam) – spotykało się ją jak schodziła ze szczytu, na który myśmy się właśnie wdrapywali – radośnie uśmiechnięta starsza pani. A zobaczyli byście miny młodych mężczyzn, którzy wyłażą zmęczenia na jedne z drugimi Rysy i widzą spokojną, świeżutką panią profesor mocno po sześćdziesiątce…
Dużo było ludzi jeszcze?
Pozdrawiam,
Ys.
PS. Czy we wpisach można korzystać z tagów html-owych? Na przykład czy dam radę w ten sposób: ([i]o taki[/i]) zrobić kursywę? Muszę to wypróbować tutaj, bo nigdzie informacji nie znalazłam…
@Ys

Działa, tylko nie html a xhtml, bo ja, gdy edytuję Twój wpis, mogę wykorzystać komendy xhtml’owe. Pisz z tagami, jak coś, to poprawię.
No fakt, wycieczki dość mocne, ale jak się jest tylko w dwie osoby, to można trochę sobie śrubę przykręcić i się spiąć. Co do Zawratu, to jestem zadowolony z pięknej pogody na przełęczy, bo poprzednim razem (dwa lata wcześniej) nawet nie próbowaliśmy tam wejść, pomomo czerwca, był cały w śniegu. Natomiast Świnicka Przełęcz powitała nas takim wiatrem, że trzeba było popas zrobić kilka metrów przed wypłaszczeniem. Natomiast co do Orlej Perci… tak, to najpiękniejsze miejsca w Tatrach.
A Wierchy lubię, bo mi trochę przypominają Bieszczady…
@Asia
Na pewno dałabyś radę Asiu. Jesteśmy młodzi, zdrowi. No i nikt nie każe “szarpać’ tak drogi, jak myśmy to robili. Można przecież przejść krótsze trasy, a Tatry są o tyle przyjazne chodzeniu, że często zmienia się styl marszu, raz zejście, raz wejście, raz wspinaczka, łańcuchy… Dzięki temu nogi ne męczą się jednostajnym ruchem. A jak jeszcze ma się kijki trekkingowe, to już wogóle nie jest źle. Więcej wiarw swoje mozliwości Leniu Ty mój…
Tylko pozazdrościć (i oczywiście pogratulować) tak udanego wyjazdu! Cóż, ja już jakiś czas w górach nie byłam, więc takie opisy wywołują miłe wspomnienia:) ale żeby wytrzymać Twoje tempo to bym musiała trochę bardziej popracować nad kondycją;)
seven days, seven peaks, near to sun, near to God…
wielkie dzięx za wspólny wypad
Mój brat na moim blogu
Witaj! Ja również dziękuję za wypad.
Poprawiłem Ci emotkę
Hej Marcinku:) Strasznie mi głupio , że wcześniej niczego tu po sobie nie zostawiłam,bo przecież jakby nie było to “połączyły” nas góry:) Dzięki za wieczorną herbatkę i wspólne wspinanie się po domku:) Bardzo ciepło to wspominam i mam nadzieje, że jeszcze będzie okazja to powtórzyć:) pozdrawiam i zapraszam do mnie na skałki
( a raczej na jure;P)
ja też byłam w górach w zakopanym i uważam ze było zajebiście